Smakuj życie z Gminą Gaworzyce

O tym jak delektować się życiem w naszej gminie

wiosenne gałązki na tle rzepaku

Zakorzeniam się w tym miejscu... - w rozmowie z Anną Gomułką nie tylko o pamiętnikach

Kilka dni temu o Dalkowie mogła usłyszeć cała Polska. Najpierw na łamach Teleexpressu, a później w TVP3 Wrocław emitowany był materiał o "Pamiętnikach Luise von Liebermann" i realizowanych przez Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działaniach wokół zapisków młodej dziewczyny, dawnej mieszkanki dalkowskiego pałacu.

Rozgłos wokół "Pamiętnika Luise" stanowił świetną okazję do rozmowy z Anną Gomułką - inicjatorką projektu a jednocześnie Prezes Fundacji Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działającej w Dalkowie od 2017 roku. Autorka pamiętnika - Luise von Liebermann - to córka dawnych właścicieli Pałacu w Dalkowie. Teksty pamiętnika pisanego w latach 1816-1823 w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej fundacji Pan Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym organizacji realizowanym w ramach działań statutowych, słowa przetłumaczyła Anna Gomułka, córka obecnego właściciela zabytkowego pałacu, z którą miałam przyjemność rozmawiać.

JB: Aniu, na wstępie chciałabym, abyś krótko przypomniała nam swoją historię. Wszyscy Cię znamy, albo przynajmniej o Tobie słyszeliśmy, choćby poprzez liczne, realizowane w Dalkowie projekty. Pamiętam, że wróciłaś tutaj z Krakowa, po studiach. Jakie to były studia, i jak to się stało, że zamiast Krakowa, czy innego dużego miasta, postawiłaś na Dalków?

Anna: W 2016 r. skończyłam studia w Krakowie na kierunku psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyjechałam wtedy do Dalkowa i tutaj zamieszkałam (jeszcze przed studiami mieszkałam w Głogowie). Pół roku później, czyli w 2017 r. założyliśmy Fundację na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi. To nie było tak, że od samego początku wiedziałam co chcę tutaj robić, nie miałam jeszcze konkretnego pomysłu na siebie w Dalkowie. Coś mnie jednak tutaj przyciągało i wolałam zostać tutaj niż w dużym mieście. Wszyscy mówili, że w Krakowie czy we Wrocławiu będę miała większe możliwości rozwoju. Podświadomie czułam, że się mylą. Wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi, ale nie w zamkniętym gabinecie, najlepiej "w działaniu". Od zawsze uwielbiałam organizować różne spotkania, imprezy, wydarzenia.

Jak dziś pamiętam rozmowę z moim Tatą, który od samego początku uwierzył we mnie i dał mi szansę rozwoju w tym miejscu. Staliśmy w oknie i patrzyliśmy na grupę dzieci z wycieczki szkolnej, która przyjechała do Dalkowa. Wycieczki te były organizowane przez Tatę już od wielu lat. W zakres wycieczki wchodziło ognisko i spacer po Wzgórzach Dalkowskich. Patrzyłam na dzieci biegające po parku i zastanawiałam się co mogę zrobić, żeby te wycieczki były jeszcze bardziej atrakcyjne. Tato powiedział: "wymyśl coś", a ja dosłownie skrzywiłam się na te słowa, bo nie miałam żadnego konkretnego pomysłu w głowie, mimo, że przecież w teorii byłam świetnie przygotowana, bo ukończyłam też w Krakowie studium pedagogiczne. Sama nie wiem w którym momencie pojawił się pomysł warsztatów z edukacji ekologicznej. Miałam długą drogę przed sobą do przebycia, bo choć ciężko w to teraz uwierzyć, ale nie odróżniałam od siebie podstawowych roślin! Wiedziałam jednak, że jeśli chcę stworzyć ofertę zajęć edukacyjnych sama muszę się porządnie doszkolić. Zrobiłam studia podyplomowe z Hortiterapii na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. W wolnych chwilach chodziłam po parku i Wzgórzach Dalkowskich i poznawałam drzewa, uczyłam się o nich, czytałam, robiłam zdjęcia... Z każdym takim spacerem i odkrywaniem Wzgórz czułam, że zakorzeniam się w tym miejscu. Chłonęłam przyrodę i jej piękno, i całkowicie "przepadłam" dla tego miejsca :) Pojawił się pomysł założenia Facebooka Fundacji. Wiedziałam, że muszę podzielić się pięknem tych terenów z innymi. Nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale robiłam zdjęcia, wrzucałam je w Internet, zachęcałam do odwiedzania Dalkowa. Na początku kibicowało kilka osób, sami znajomi. Potem coraz więcej osób zaczęło się interesować... Dziś wiem, że stronę Fundacji obserwuje wiele osób, których nie znam - i o to chodziło. Pokazać innym jak jest tu pięknie, podzielić się tym cudownym skrawkiem ziemi  :)

JB: Okazuje się, że Wasz projekt dotyczący "Pamiętników Luise von Liebermann" zyskał wielu sympatyków i coraz większy rozgłos, nie tylko w najbliższej okolicy. W minioną niedzielę o projekcie usłyszeć mogła cała Polska - w Teleexpresie. Jak myślisz - skąd wyjątkowość tego projektu? Czy kiedy wpadły Ci w ręce zapiski Luise - przeczuwałaś, że będzie to coś niezwykłego?

Anna: Zapiski Luise otrzymałam od Pana Hansa-Joachima Breske w 2019 r. Pamiętam, że wcześniej gdzieś już je widziałam. To było chyba wtedy, gdy Pan Ryszard Szczygieł - regionalista z Bytomia Odrzańskiego - pożyczył mi egzemplarze czasopisma Neuer Glogauer Anzeiger. Wtedy jednak skupiłam się na poszukiwaniu innych informacji a pamiętnik Luise (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to pamiętnik, bo nie był tak podpisany) mówiąc kolokwialnie "olałam", bo uznałam, że to za dużo treści po niemiecku i nie mam czasu tego przetłumaczyć, ani budżetu by zlecić to komuś innemu. Dopiero jakoś w 2020 r. gdy Pan Breske zadał mi pytanie, czy już czytałam treści pamiętnika postanowiłam do tego przysiąść. Jako, że nigdy nie byłam orłem z języka niemieckiego, to tłumaczenie tekstów szło mi powoli. Czasem przetłumaczenie niektórych zdań zajmowało mi kilkadziesiąt minut. Google tłumacz i słowniki niestety też zawodziły, trzeba było drążyć temat - zgłębić wątki historyczne i kulturalne ówczesnych czasów. Pamiętam na przykład, że długo zeszło mi na przetłumaczeniu słowa "klucznica", bo nawet po polsku nie znałam tego wyrazu! W analizie wątków historycznych pomógł mi bardzo Darek Czaja - głogowski historyk i regionalista, który od początku kibicował treściom pamiętnika i z uporem maniaka powtarzał, że trzeba go wydać.

Z każdym przetłumaczonym zdaniem ja też utwierdzałam się w tym, że pamiętnik musi zostać opublikowany. Nie wiedziałam jeszcze tylko skąd wziąć na to środki. Tłumaczenie tak mnie pochłaniało, że nieraz zarywałam nocki. Ale było warto - pierwszym odbiorcą przetłumaczonych tekstów był mój mąż, który czekał z niecierpliwością na kolejne przetłumaczone zdania i fascynował się tym niemniej jak ja sama. Postanowiłam więc, póki co, przetłumaczyć pamiętnik w całości i publikować go w Internecie, na Facebooku Fundacji. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze się stało, że nie zainteresowałam się pamiętnikiem od razu. Wtedy jeszcze ani ja, ani Fundacja nie byłaby gotowa na to, by przedstawić to światu i zainteresować tym innych. Ale po tych kilku latach działania tutaj wiem, że wszystko dzieje się dokładnie wtedy, kiedy powinno się wydarzyć. Nie za szybko, nie za wolno. Po prostu tak jak być powinno. Jestem przekonana, że tym wszystkim kieruje Bóg i to on wie kiedy "wprowadzić" w historię Dalkowa kolejny wątek.

JB: Historia młodej dziewczyny, Luise, sprzed 200 lat ma w sobie coś niesamowitego. Jak myślisz, w czym tkwi wyjątkowość jej pamiętnika?

Anna:  Myślę, że historia Luise ma dwa wymiary. Jeden "sacrum" - coś dla nas nieodgadnionego, nieznanego, owianego tajemnicą. Przyznajmy - każdego z nas zastanawia jak wyglądało życie na dworze pałacowym. Jak się ubierali, wypowiadali, jakie mieli problemy, rozrywki, jak wyglądało wnętrze pałacu... W przypadku Dalkowa jest to tym bardziej zagadka, bowiem nie zachowały się żadne zdjęcia poprzednich właścicieli ani fotografie wnętrza pałacu. Drugi wymiar to "profanum" - Luise opisuje swoje życie codzienne, które nie różniło się bardzo od naszego. Też miała problemy i zmartwienia, choroby dotykały jej bliskich. Prawie straciła brata, jej matka w młodym wieku utraciła wzrok. Opisuje tęsknoty za siostrami, które opuściły rodzinny dom wyprowadzając się po zamążpójściu. Wplatała wątki miłosne, sama opisując rozwijające się w niej uczucie do przyszłego męża. Z jej zapisków okazuje się, że jej najlepszą przyjaciółką wcale nie była żadna rówieśniczka z sąsiedniego dworu, ale córka pasterza. Dowiadujemy się, że na ślub jej siostry mógł przyjść każdy mieszkaniec Dalkowa. Zaskoczeniem może być, że Luise uczyła się od kucharek gotować i piec w kuchni pałacowej by być dobrą żoną i gospodynią gdy wyprowadzi się z mężem do Głogowa.

Oba te wymiary sprawiają, że historia Luise jest nam bardzo bliska a zarazem owiana tajemnicą. To chyba sprawia, że tak chętnie czytamy jej pamiętnik.

JB: Odbyły się już dwa spotkania, podczas których w plenerze pięknego, dalkowskiego parku, słowa Luise ponownie budzą się do życia, czytane przez rozmaite osoby. Chyba można powiedzieć, że Luise miała niezwykły dar pisania, ponieważ jej słowa można sobie wyobrazić, obrazują nam "tamto" życie - wraz ze wszystkimi trudnościami i radościami? Czy masz jakiś ulubiony fragment w pamiętniku?

Anna:  Luise rozpoczynała pisanie pamiętnika gdy miała 14 lat. Skończyła mając 21 - wtedy już jej styl pisania i język był zdecydowanie bardziej skomplikowany, a treści pamiętnika były bardziej zawiłe. Ale faktycznie przez cały ten czas Luise używa bardzo poetyckiego stylu - jak to na oczytaną pannę na dworze przystało :) Czy mam swój ulubiony fragment? Zdecydowanie tak. Uświadomiłam to sobie gdy pewnego razu odczytując go grupie turystów rozpłakałam się. Myślę, że to dlatego, że bardzo się z nim utożsamiam.

Ten fragment to :

"Dalków, 6 lipca 1816 r. [...] Nie mogę sobie nawet wyobrazić abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczony w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam - którzy tu mieszkamy - jeszcze cenniejszy i ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości ".

JB: Powiedz nam, czy dzisiaj Ty, przebywając tu, i troszcząc się o park, ogrody, pałac... - czy czujesz ten sam zachwyt co Luise?

Anna: Myślę, że w głębi serca jestem taką samą romantyczką jaką była Luise. Może właśnie dlatego trafiło na mnie, że to ja miałam zainteresować się pamiętnikiem... Rozumiem ją bardzo dobrze i myślę, że tak samo jak ona kocham te tereny. Luise była bardzo wrażliwą osobą, dla której najważniejsze były relacje rodzinne. Jako psycholog nie mogę też nie zauważyć, że była niezwykłe empatyczna i często analizowała zachowania innych osób. Starała się je zrozumieć, wytłumaczyć, poczuć to, co mogą czuć te osoby. To kolejna rzecz która nas łączy. Miała też tendencje do zamartwiania się - zupełnie tak jak ja.

JB:  Czy możesz zdradzić nam, czy Anna Gomułka, pisze dziś swój własny pamiętnik?

Anna:  Niestety pamiętnika nie piszę. Prowadzimy za to kronikę Fundacji w tradycyjnej wersji - pisanej ręcznie z wieloma zdjęciami, wycinkami z gazet itd.

JB:  Niedawno zostałaś mamą małego Antosia, a trochę wcześniej mamą Hani. To chyba dobry moment, aby zapytać o to, czym jest dla Ciebie rodzina? Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze? I czy jest coś takiego w macierzyństwie, co najbardziej Cię zaskakuje?

Anna: Jeśli chodzi o wartości, to są trzy najważniejsze. Bóg, rodzina i zdrowie. Bogu zawdzięczam wszystko co mam. Rodzinie zawdzięczam, to, że jestem szczęśliwa. A dzięki zdrowiu mogę cieszyć się z tego szczęścia.

Rodzina to dla mnie podstawa. Wszystko to, co dzieje się wokół Dalkowa i pracy cieszy, ale taka jest prawda, że gdyby nie moi najbliżsi, to nie miałoby to sensu. Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego mężczyznę - Marcina, który jest dla mnie największym wsparciem i najlepszym przyjacielem. Mamy wspólny cel i rozumiemy swoje potrzeby a to w związku niezwykle ważne.

Co mnie najbardziej zaskakuje w macierzyństwie... Słyszałam nieraz, że miłości się nie dzieli, ale, że ona się mnoży. Slogan - tak myślałam. Ale tak jest. Przy Hani musiałam nauczyć się być mamą. Uczyłam się nie tylko opieki, ale też okazywania uczuć. Teraz gdy pojawił się Antoś od razu poczułam tę niesamowitą więź. Nic nie jest w stanie zastąpić tych chwil kiedy dzieci zasypiają w moich ramionach. To niesamowite jak bardzo mimo dolegliwości ciążowych, bólu porodu i trudu połogu można czuć się kobieco dzięki dzieciom.

JB: Powołując do życia "Fundację" (Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi) na pewno miałaś jakieś wizje i marzenia. Czy możesz powiedzieć, ile z tych założeń już udało się spełnić? Jakie są Wasze plany na najbliższy czas?

Anna:  Pierwszą osobą, która dostrzegła potencjał Dalkowa był mój Tato - Józef Płocha. To on od 1999 r., gdy zakupił ten teren, rozpoczął jego systematyczną rewitalizację. Na tyle, na ile budżet i sił starczało, to odnawiał park, zagospodarowywał teren dookoła. Od zawsze marzył by powstały tu ogrody tematyczne. Przez te wszystkie lata zorganizował tutaj mnóstwo wycieczek szkolnych, w których wzięło udział do 2017 r. łącznie około 12 tysięcy dzieci i młodzieży z głogowskich szkół i przedszkoli. To on dostrzegł potencjał turystyczny Wzgórz Dalkowskich. Gdy ja tu przyjechałam mogłam rozwijać to, co on rozpoczął. Od momentu założenia Fundacji udało się zrealizować bardzo dużo projektów, mnóstwo osób odwiedziło Dalków, zachwyciło się nim, włączyło się w nasze działania, opowiedziało o tym miejscu innym... Wydarzyło się wiele rzeczy, o których nawet nie śnilismy. Kolejny rok z rzędu udaje się pozyskiwać środki na remont pałacu w Dalkowie. Założyliśmy Centrum Hortiterapii - Ogrody Zmysłów na Wzgórzach Dalkowskich, utworzyliśmy szlaki turystyczne na Wzgórzach Dalkowskich, zorganizowaliśmy warsztaty i zajęcia edukacyjne dla kilku tysięcy osób, wydaliśmy kilka publikacji. Odkryliśmy postać Luise! To nadało duszy temu miejscu. Dalków nie jest już bezimienny. Chcemy, żeby ludzie kojarzyli go z młodą i wrażliwą Luise, tak jak na większą skalę kojarzy się pałac w Kamieńcu Ząbkowickim z Marianną Orańską czy Zamek w Książu z księżną Daisy.


Jakie plany przed nami? Planów, a właściwie marzeń jest mnóstwo. Docelowo chcielibyśmy stworzyć w Dalkowie bazę hortiterapeutyczną - miejsca noclegowe, gastronomię, rozbudowywać ogrody terapeutyczne. Miejsce to byłoby skierowane głównie dla osób chorych, osób z niepełnosprawnościami lub osób starszych, ale też dla osób zdrowych, chcących zachować dobrostan psychofizyczny dzięki przebywaniu na łonie natury. Drugą rzeczą, do której dążymy, to utworzenie tzw. "muzeum domowego", w którym moglibyśmy wyeksponować i opisać pamiątki z tych terenów, które otrzymujemy od społeczności lokalnej. Pierwsza wydana przez nas książka "Korzenie Piórem Pisane Potomnym Opowiedziane" a następnie książki napisane na zlecenie Gminy Gaworzyce "Gminne opowiastki o wyjątkowych ludziach i miejscach" pokazały nam jak wiele historii i wspomnień mieszkańców zachowało się do tej pory i jak wiele pracy trzeba jeszcze włożyć by zabezpieczyć te materiały dla kolejnych pokoleń. Marzy nam się muzeum, w którym moglibyśmy posłuchać nagrań audio mieszkańców, oglądać zdjęcia rodzinne, zobaczyć przedmioty, które użytkowali nasi przodkowie gdy przyjechali tu zaraz po 1945 r. Muzeum, w którym będą kanapy i regały ze starymi książkami do wypożyczenia, kawiarenka z widokiem na park i albumy z czarno-białymi zdjęciami. Choć to tylko marzenia, to często powtarzam sobie słowa Walta Disneya "If you can dream it, you can do it", co oznacza "Jeśli potrafisz sobie coś wymarzyć, potrafisz też to zrobić".

JB: Udało Ci się rozkochać w Dalkowie bardzo dużo ludzi - mówię o tych, którzy nie znali wcześniej parku, jego historii, i historii ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali. Twój Tato też podkreśla, że wracając do Dalkowa otworzyłaś jakiś nowy etap dla jego dotychczasowej działalności. Czy czujesz, że każdy człowiek może wnieść coś dobrego do ukochanego miejsca? Jak myślisz co Ty wniosłaś do Dalkowa?

Anna: Zdecydowanie tak jest, że każdy może wnieść coś do danego miejsca! Każdy z nas ma jakiś talent, ważne żeby uświadomić sobie w czym jest się dobrym i co lubi się robić. Nigdy nie lubiłam robić czegoś, czego "nie czułam" całą sobą. Od zawsze interesował mnie człowiek i jego emocje, psychika. Ale na chwilę obecną nie wyobrażam sobie pracy w gabinecie. Dlatego właśnie w warsztatach znalazłam sposób na siebie i realizowanie pasji, jaką zawsze była i jest psychologia. Roślinne witraże to jeden z trudniejszych warsztatów, jakie tu prowadzimy. To są takie przeplatanki sznurkiem na konstrukcjach z gałęzi, które potem ozdabiamy roślinami. W każdej grupie jest kilka osób, które poddają się już na początku i uważają, że nie są w stanie tego wykonać. Z niewielką pomocą prowadzących zawsze kończy się to sukcesem. To największa satysfakcja kiedy te osoby, które z taką rezygnacją i brakiem wiary w siebie na koniec warsztatów pozują dumnie do zdjęć z wykonanym przez siebie witrażem. To mała rzecz, ale jeśli w małych rzeczach w siebie nie uwierzymy, to tym bardziej w dużych. I odwrotnie - jeśli uda nam się pokonać jakiś lęk w drobnej sprawie, to przekłada się to na ogólną samoocenę i poczucie własnej wartości. Nie jest to może zmiana na poziomie rewolucji życiowych - ale cieszę się z każdej zadowolonej osoby, która stąd wyjeżdża. Dobrze jest mnożyć dobro i widzieć jak ludzie rozwożą radość dalej wyjeżdżając z Dalkowa. W świecie pełnym negatywnego przekazu w mediach, hejtu w Internecie i samotności w tłumie dobrze jest dać choć odrobinę radości. Niech idzie dalej i mnoży się!

JB: Zatrzymajmy się na chwilę. Przymknijmy oczy... Myśląc o podwórku, mamy zazwyczaj jakieś ulubione miejsce na myśli, może też wspomnienia z dzieciństwa? Czy Ty masz takie z Dalkowa?

Anna:  Do momentu wyjazdu na studia mieszkałam w Głogowie i to tam spędziłam dzieciństwo. Ale z Dalkowem faktycznie mam jedno wspomnienie. Miałam wtedy 7 lat, to była nasza pierwsza wizyta z rodzicami w Dalkowie. Obchodziliśmy pałac dookoła. Bardzo spodobała mi się jedna przybudówka. Zatrzymałam się i jako mały łakomczuch powiedziałam, że to mógłby być mój pokój cukierkowy, w którym będą tylko słodycze. Co to było za rozczarowanie gdy weszliśmy do środka pałacu i okazało się, że ten "mój cukierkowy pokój" to była dawniej... toaleta 😉

 

JB: Przyznam, że to bardzo wesołe zakończenie naszej rozmowy. A "cukierkowy pokój" w Pałacu też brzmi całkiem dobrze, kto wie? Może kiedyś taki słodki kącik faktycznie tu powstanie. Bardzo dziękuję za rozmowę i wiele wartościowych odpowiedzi, które pozwoliły nam poznać Cię bliżej. Życzymy kolejnych sukcesów i spełnienia tych wszystkich marzeń i planów, o których zdecydowałaś się tu powiedzieć. Do zobaczenia niebawem, na kolejnej odsłonie czytania pamiętnika Luise!


 

Z Anną Gomułką rozmawiała Joanna Brodowska
Zdjęcia: Marcin Kopij, Joanna Brodowska

01 sie 2023 11:08
Joanna Brodowska
wydrukuj